SEZONADA

To miejsce jest dla Ciebie, jeśli tak jak ja, lubisz karuzele tematów. Niech nam się tutaj przyjemnie zakręci w głowie :-)

Bywanie

Hvar na Hvarze

 

Widok na Wyspy Piekielne czyni z tego miasta niebo

   Szmaragdowe zielenie, ciemne błękity przetykane spalonym w słońcu beżem . Tak wygląda Hvar. Niewysokie budynki na stokach niewielkich gór. Adriatyk liże im leniwie stopy. Zbocza wzniesień od razu spotykają się z wodą.  Spodziewałam się gwarnego kurortu. Spotkałam za to kameralne miasteczko z upalną ciszą. Hałasowały tylko cykady. Spotkałam miejsce, gdzie w dziwny sposób, mimo obecności luksusowych jachtów i odwiedzin takich letników jak Beyoncé czy Johnny Depp, jest miejsce na naturalność. Porozkładane stragany  z lawendowym miodem nadal tutaj wygrywają z ekspansją markowych butików.

   Rynek jest dość rozległy. Wiedzie prosto do morza, ku marinie. Nie ma cukierkowych kamieniczek i mnogości weneckich wież. Raczej surowość, oszczędność, przewaga złotego i białego  piaskowca. W tym krajobrazie od razu rzuca się w oczy budynek arsenału z teatrem. Dziwna fuzja. Na jego tarasie można się rozsiąść, by zachłysnąć się miastem, podziwiać widoki w dole. To tutaj swego czasu Makłowicz przyrządzał przed kamerą chorwacką baraninę. Budynek wybija się z tła. Fikuśny, ozdobny. Mam przed sobą pierwszą scenę miejską w  Europie! Myślę, że mieszkańcy Hvaru musieli być  nad wyraz ambitni. Nie dość, że pierwszy teatr, to jeszcze pierwsza agencja turystyczna (Towarzystwo Higieny Turystycznej czy jakoś tak). 

teatr

   W rynku jest sklepik z klimatem. Obsługa  równie klimatyczna. Postawny jegomość z okrągłą  rumianą twarzą, czarnym wąsem i czołem przeoranym kilkoma groźnymi zmarszczkami. Z impetem odkrawa dalmatyńską szynkę. Z ogromnego udźca, który wisi u powały. Błyska nożem na boki. Błyska niechętnym okiem w stronę turystycznej klienteli. Atletyczny, ubrany w marynarski paskowany obcisły trykot, z tatuażem na bicepsie i beretem na głowie. Jest tak egzotyczny, jakby żywcem wyjęty z kroniki filmowej. Za jego plecami beczki z winem, rybami i kosze wypełnione  owocowym dobrostanem. W dzbankach zioła. Jest jeszcze czarna tablica z wypisanymi specjałami regionu. Oj, coś ta za bardzo fotogeniczne. Za mało chorwackie. Już bardziej przypomina Francuską Riverę z mocno wyreżyserowanym lokalnym kolorytem. Kupuję osławiony pršut. Równie dobry jak gdzie indziej, ale droższy. Ciekawa oprawa sklepu- piwniczki ma swoją cenę. Dość przeciętne wino i równie przeciętny twardy kozi ser. Ale na drugi dzień, gdy będziemy śniadać na balkonie pensjonatu, wyciągniemy rękę w kierunku gałęzi figowca. Ser ze świeżo zerwaną figą i kałużą lawendowego miodu będzie smakować jak ze stołu cesarza Dioklecjana.

   U wlotu do mariny skusimy się jeszcze na olejki lawendowe. Pachnąca  specjalność wyspy. Mąż zawiesi mi na szyi sznurek okazałych turkusów.  Romantycznie. Rzecz jasna, później okażą się podróbką. Ale Hvar tak czaruje, że made in China jest ostatnią rzeczą, która może przyjść do głowy.

hvar4

   Zaraz za rynkiem zobaczę  miejską plażę. Uwaga, to pojęcie może być mylne.  Nie ma tu wzorem hiszpańskich wybrzeży paska piasku z równolegle biegnącym pasem hoteli. To szmaragdowa zatoczka. Rojno od ludzi. Na przekór i tak panuje błogostan. Może dlatego, że wycisza widok za plecami. Zabytkowy niewielki kościół w cmentarnym otoczeniu. Co jakiś czas między nagrobkami przemykają smagłe postacie owinięte w kolorowe ręczniki. Taszczą wodne materace, płetwy, maski, rozświergotane dzieci. Nigdzie nie spotyka się taki karnawał ciał z tym, co potem schowane w ziemi po nim zostanie… 

port

   Raczymy się teraz grillowaną makrelą. Jej smak jest tak zdecydowany, że niewiele różni się od  wersji wędzonej. Z zapasem energii ruszam do parku pełnego aromatu żywicy i rozmarynu. W życiu nie słyszałam tak głośnego grania cykad. Są ich chyba tysiące. Co tam tysiące, miliony. Park, którym niespiesznie wędruję jest  jednocześnie urokliwą trasą na szczyt. Ruszam  na sam czubek Świętego Mikołaja. Szczęśliwie dla  mnie niski. Moje obawy, czy podołamy w taki upał, okazały się na wyrost. Idzie się cały czas pod parasolami pinii. Drzewostan jest gęsty, nie czuć żaru południa. Wszystko wonieje igliwiem i nutami cytryny. Droga wije się serpentyną. W ogóle nie czuć trudu wspinania, żadnej stromizny. Gdzieniegdzie gąszcz zieleni pozwala na upajanie się, żeby nie powiedzieć upijanie, widokiem na panoramę miasta w czerwieni dachówek. Na horyzoncie wody Adriatyku z rozsypanką wysp w szmaragdzie. Przed oczami rysują się Wyspy Piekielne.

hvar5

droga

   Tak…, Wyspy Piekielne. Cud natury przywłaszczony teraz przez nudystów. Pora na przytoczenie historii o ich niepokojącej nazwie. O kurtyzanach, które narażając się żonom weneckich kupców, dogorywały tu ostatnich dni żywota. O polach pełnych ziela, po którym marynarze tracili zmysły, gdy znalazły się w trunku. O dziewiętnastowiecznych kuracjuszach, którzy w pensjonatach umierali na suchoty. Ale nic z tych rzeczy… Prawda odziera  ten mały archipelag z magii. Produkowano tam smołę. I o ironio, tak prozaiczny  wytwór rąk ludzkich nadał  tak zjawiskową nazwę.

wyspy

   Jestem na szczycie. Twierdza Spanjol z XVI w. jest chyba tylko dodatkiem. Obowiązuje bilet wstępu.  Obronną budowlę potraktowałam bez należnego pietyzmu, jako duży widokowy taras.  Rozpostarty krajobraz nie ma bowiem konkurencji. Z filiżanką espresso na kolanach siedzę na dawnych tureckich murach, dyndam beztrosko nogami. Szczęśliwa. Szczyt sezonu. A na szczycie nikogo. Nikogo poza obsługą, która zdaje się mieć wieczną sjestę. Z restauracji mieli przynieść na mury pucharki z lodową słodyczą. Brak. Ale jakie to ma znaczenie? U stóp mam cały świat.  W dodatku piękny.

twierdza

ostatnie

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                           

Podziel się na:
  • Print
  • Digg
  • Sphinn
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Mixx
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blogger.com
  • co-robie
  • email
  • Forumowisko
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Buzz
  • Kciuk.pl
  • LinkedIn
  • Live
  • MySpace
  • Mój biznes
  • Poleć
  • Sfora
  • Tumblr
  • Twitter
  • Ulubione
  • Wykop
  • Yahoo! Bookmarks
  • Śledzik

Recommended

2 Comments

Leave a Comment


+ 4 = trzynaście

Web Design MymensinghPremium WordPress ThemesWeb Development